Szczęście stało się dziś czymś w rodzaju projektu do zrealizowania.
W naszej kulturze szczęście stało się jednym z częściej formułowanych głównych celów życia, a jednocześnie coraz więcej osób doświadcza poczucia pustki, zagubienia i zmęczenia nieustannym sprawdzaniem, czy ich życie jest wystarczająco dobre, wystarczająco szczęśliwe.
Szczęście zostało niemal przekształcone w zadanie do wykonania: mamy rozwijać potencjał, dbać o dobrostan, „work-life balance”, realizować siebie i, najlepiej, czerpać z tego satysfakcję.
Viktor Frankl proponował inne podejście. Jego zdaniem szczęścia nie można uczynić celem samym w sobie.
Szczęście jest czymś, co może się pojawić jako następstwo zaangażowania w coś, co ma dla człowieka znaczenie.
Frankl zwracał uwagę na to, że szczęście, podobnie jak sukces, nie może być ścigane. Pojawia się natomiast jako niezamierzony skutek oddania się sprawie większej niż własne „ja” - idei, drugiemu człowiekowi.
Czyli inaczej niż współcześnie dość częsty cel: „chcę być szczęśliwy/szczęśliwa”, który jest ślepą uliczką.
Jeżeli szczęście staje się głównym kryterium oceny własnego życia, zaczynamy patrzeć na rzeczywistość przede wszystkim przez pryzmat siebie.
Czy ta relacja/praca/związek mnie uszczęśliwia?
Czy wystarczająco dobrze realizuję swoje potrzeby?
Czy jestem w dobrym miejscu?
Nie neguję pytań o siebie, one są ważne i potrzebne. Nie mówimy o albo, albo. Mówimy o takiej sytuacji, gdy „ja” staje się centrum, wokół którego ma zostać zorganizowane całe życie.
W jakimś sensie stajemy się wtedy ślepi, ponieważ patrzymy wąsko, w jedną stronę, gubimy perspektywę, a ostatecznie… w gruncie rzeczy ostatecznie gubimy też siebie, bo w jakimś sensie izolujemy się od świata, zawieszamy się w nieokreślonej przestrzeni życia.
Frankl proponuje inną perspektywę. Nie pyta przede wszystkim: „Co życie ma mi dać?”. Bardziej interesuje go pytanie: „Do czego życie mnie wzywa?”
Kiedy ostatnio zadałeś/zadałaś sobie pytanie: Do czego życie mnie wzywa, do czego zaprasza?
Można bowiem przeżyć wiele lat, próbując urządzić życie tak, aby było wygodne, bezpieczne i satysfakcjonujące, a mimo to spotkać się z pustką, nie znaleźć odpowiedzi na pytanie, po co właściwie żyję. Pytanie które puka do nas, które czasem słyszymy bardziej w drugiej połowie życia.
Frankl nazywał podstawową ludzką motywację wolą sensu. Sens nie jest przy tym po prostu kolejnym celem, który człowiek może sobie wymyślić i dopisać do listy rzeczy do zrobienia. Jest czymś, co odkrywamy w konkretnej sytuacji, poprzez sposób działania, relacje, twórczość, odpowiedzialność, a także stosunek do tego, czego nie możemy zmienić.
W tym ujęciu człowiek nie jest samotnym projektem do nieustannego ulepszania.
Jest kimś, kto uczestniczy w czymś większym od siebie.
I tutaj pojawia się temat przynależności.
Przez ostatnie dekady wiele mówimy o autonomii, niezależności i indywidualności. Słusznie. Człowiek potrzebuje możliwości podejmowania własnych decyzji i budowania życia zgodnego z własnymi wartościami.
Istnieje jednak druga potrzeba, której nie da się po prostu wykreślić w imię samostanowienia.
Potrzebujemy przynależności.
Przynależność daje nam: rodzina, przyjaźń, społeczność, praca, środowisko, kultura, współnota wartości, czasem idea, czy sprawa, której chcemy służyć. Przynależność jest jednym ze sposobów, dzięki którym człowiek doświadcza, że jego istnienie ma znaczenie także poza jego własnym wnętrzem.
W pewnym sensie mówimy wtedy: „Jestem częścią czegoś, co nie zaczyna się i nie kończy na mnie”.
Frankl podkreślał wyjątkowość jednostki, ale ta wyjątkowość nie oznaczała izolacji. Człowiek może realizować swoją niepowtarzalność właśnie poprzez to, co wnosi do większej całości. Sens indywidualnego istnienia nie musi więc przeciwstawiać się wspólnocie, natomiast może się w niej ujawniać. A to prowadzi do rozróżnienia, że indywidualność nie jest indywidualizmem.
Indywidualność mówi: „Mam własny sposób bycia i własny wkład, którego inny nie wniesie za mnie”.
Indywidualizm mówi: „Najważniejsze jest to, czego potrzebuję ja”.
Pierwsze pozwala być częścią większej całości bez utraty siebie. Drugie może prowadzić do sytuacji, w której każda relacja, grupa, praca czy wspólnota jest oceniana przede wszystkim przez to, co oferuje jednostce.
Przynależność jednocześnie może chronić przed spotkaniem z własną pustką.
Jak to? Przecież przynależność jest wartością. Tak jest wartością i nie chodzi o to, aby ją deprecjonować (i znów – nie chodzi o albo, albo), a o coś bardziej subtelnego.
Można tak mocno oprzeć swoją tożsamość na przynależności, że przestajemy wiedzieć, kim jesteśmy poza nią.
Na przykład, jeśli: „Jestem lekarzem”, „Jestem matką”, „Jestem przedsiębiorcą”, „Jestem częścią tej firmy”, „Jestem konserwatystą”, „Jestem liberałem”, „Jestem człowiekiem sukcesu”, „Należę do tych ludzi”. To kim jestem poza tą przynależnością?
Takie identyfikacje mogą porządkować psychikę. Dają język, relacje, wartości, zasady, poczucie bezpieczeństwa. Pozwalają odpowiedzieć na pytanie „kim jestem?” bez konieczności zaglądania głębiej.
Dopóki przynależność działa, wszystko może wydawać się spójne. Aż któregoś dnia człowiek traci pracę, rozstaje się z partnerem, dzieci dorastają i wyprowadzają się z domu, kończy karierę sportową, osiągnął przez wiele lat wszystkie zakładane cele zawodowe, przechodzi na emeryturę. Jego grupa zawodowa przestaje być ważną częścią życia, albo zmieniają się poglądy.
Albo pojawia się zwyczajne, trudne poczucie: „Nie wiem już, kim jestem”.
Wtedy trudnością nie jest wyłącznie utrata określonej roli. Wraz z rolą znika konstrukcja, która przez lata podtrzymywała poczucie własnego istnienia.
Nie chodzi przecież wyłącznie o metrykę. Czasem kryzys pojawia się, gdy dotychczasowa organizacja życia przestaje wystarczać.
Człowiek może mieć czterdzieści kilka lat i po raz pierwszy zadać sobie pytanie, którego przez dwadzieścia lat nie musiał zadawać:
„Naprawdę chcę tak żyć?” „PO CO?”
Przez wcześniejsze lata odpowiedź mogła być oczywista: szkoła podstawowa, średnia, studia. Potem: praca, awans, małżeństwo, dzieci, kredyt. Budowanie pozycji. Kolejne cele…
Wszystko to może mieć autentyczną wartość. Nie ma żadnego powodu, żeby romantyzować kryzys i udawać, że wcześniejsze życie było „nieprawdziwe”.
Znów nie chodzi o albo/albo. Chodzi o ten moment, w którym zauważamy, że większość życia była zorganizowana wokół ról, oczekiwań i przynależności, a znacznie mniej wokół pytania o to, co jest dogłębnie nasze, po co to wszystko.
Kryzys wieku średniego może być wtedy nie tyle kryzysem wieku, ile kryzysem dotychczasowej tożsamości. Taki moment, w którym dotychczasowe „my” przestaje wystarczać, a dotychczasowe „ja” nie jest wystarczające, albo nie jest jeszcze poznane.
I pustka.
Nie zawsze oznacza ona depresję i nie musi być też dowodem na to, że człowiek „zmarnował życie”. Spotkanie z taką pustką może być szalenie rozwojowym momentem.
Bywa sygnałem, że stara organizacja życia przestała odpowiadać danej osobie, zaprasza do dalszego rozwoju, na zupełnie innym, głębszym poziomie.
Podobny proces można zobaczyć u osób tracących pracę. W pierwszym odruchu myślimy o konsekwencjach finansowych i jest to w pełni zrozumiałe.
Tracona jest jednak także struktura dnia, poczucie kompetencji, status, relacje, rytuały, język, którym człowiek opowiadał o sobie innym i sobie samemu.
„Kim jesteś?”
„Jestem dyrektorem finansowym”.
„Czym się zajmujesz?”
„Prowadzę zespół”.
„Gdzie pracujesz?”
„W tej firmie”.
Kiedy tych odpowiedzi nagle nie ma, człowiek może odkryć, że stracił nie tylko zatrudnienie, ale część swojej tożsamości.
Dyskomfort wynikający z tego stanu kusi, aby jak najszybciej odzyskać dawną pozycję. Czasem dlatego, że człowiek potrzebuje ponownie poczuć, że istnieje.
Można przez kolejne miesiące wysyłać CV, uczestniczyć w rozmowach rekrutacyjnych, poprawiać profil zawodowy i budować strategię powrotu na rynek, a jednocześnie omijać pytanie znacznie trudniejsze:
„Kim jestem, kiedy nie mogę już oprzeć swojego poczucia wartości na tym, co robiłem?”.
Uwaga, nie chodzi o to by w paść w pułapkę, że rozwiązaniem jest całkowite odcięcie się od grup, oczekiwań i ról. Dojrzałość nie polega na odejściu od „my”
Nie chodzi o „Muszę odnaleźć siebie”, „Muszę żyć wyłącznie po swojemu”, „Nie obchodzi mnie już, czego oczekują inni”. Dojrzała indywidualność nie wymaga rezygnacji z przynależności.
Człowiek potrzebuje zarówno „ja”, jak i „my”:
Stąd poszukiwanie indywidualności może być tak wymagające i często dzieje się w momencie, gdy organizm jest na to wystarczająco dobrze przygotowany - przez życie, doświadczenia, refleksję - w drugiej połowie życia.
Indywidualność jest tam, gdzie potrafię powiedzieć „my” bez utraty „ja”.
Franklowska myśl o szczęściu nabiera w tym kontekście szczególnego znaczenia.
Jeżeli próbuję być szczęśliwy, pytam przede wszystkim o siebie.
Jeżeli szukam sensu, zaczynam pytać również o świat.
Frankl wskazywał trzy drogi odkrywania sensu:
W żadnej z nich człowiek nie jest zamknięty we własnym „ja”, stąd sens tak okazuje się bardziej stabilnym fundamentem niż szczęście.
Szczęście jest doświadczeniem, a SENS jest kierunkiem.
Szczęście może się pojawić i zniknąć, a SENS może pozostać także wtedy, gdy życie jest trudne.
Badania prowadzone nad znaczeniem życia pokazują zresztą związek poczucia sensu z satysfakcją z życia, nadzieją i dobrostanem, a także niższym poziomem depresji, lęku, stresu i nudy.
Nie oznacza to, że człowiek mający poczucie sensu będzie stale szczęśliwy. Właśnie przeciwnie.
Frankl nie proponował filozofii wiecznego dobrego samopoczucia. Jego myślenie pozostawia miejsce na cierpienie, stratę, winę, śmierć i sytuacje, których nie można naprawić. Sens nie usuwa trudnych doświadczeń. Pozwala natomiast odpowiedzieć na nie w sposób, który nie redukuje człowieka do tego, co właśnie mu się przydarzyło.
Jednym z pytań dorosłości niekoniecznie jest: „Co zrobić, żeby być szczęśliwym?”, ponieważ tym pytaniem łatwo zamknąć się we własnym wnętrzu.
Spróbuj szukać odpowiedzi na pytanie: „Co jest warte mojego zaangażowania, nawet wtedy, gdy nie daje mi natychmiastowego szczęścia?”
To pytanie prowadzi dalej, do ludzi, pracy, wartości, odpowiedzialności, twórczości, miłości, wspólnoty. I wreszcie także do własnej indywidualności, ponieważ dopiero wtedy, gdy człowiek przestaje nieustannie koncentrować się na sobie, może zobaczyć, co naprawdę ma do zaoferowania światu.
Nie chodzi więc o to, żeby przestać chcieć szczęścia, ale o to, by przestać robić z niego projekt.
Można szukać sensu, budować relacje, pracować nad czymś ważnym, troszczyć się o innych, należeć do wspólnoty, a jednocześnie zachowywać własną odrębność.
A szczęście?
Może rzeczywiście przyjść wtedy, kiedy przez chwilę przestaniemy sprawdzać, czy już przyszło.
Jak pisał Frankl, człowiek potrzebuje powodu do szczęścia. Kiedy taki powód znajduje, szczęście może pojawić się jako skutek uboczny.
Szczęście, jeśli się pojawi, może być śladem tego, że znaleźliśmy swoje miejsce pomiędzy „ja” a „my”.