Magiczne myślenie i strata są jak dwie strony tej samej monety. Jedno powstaje po to, by drugiego nie czuć – albo przynajmniej, by odsunąć je w czasie.
U podstaw magicznego myślenia leży bardzo wczesne doświadczenie dziecka, które próbuje nadać sens temu, co je przerasta. Dziecko nie ma jeszcze dostępu do realistycznej oceny świata, dlatego buduje ją w oparciu o własną sprawczość – często przecenioną.
Dziecko wierzy, że jeśli będzie „wystarczająco dobre”, nie zostanie odrzucone, jeśli się postara, wszystko się ułoży, jeśli bardzo czegoś chce, to to się wydarzy, jeśli coś poszło źle – to znaczy, że zrobiło coś nie tak.
To nie jest naiwność. To mechanizm regulacji lęku.
Wyobraź sobie kilkuletnie dziecko, którego rodzic jest emocjonalnie niedostępny – zmęczony, przytłoczony, czasem chłodny. Dla dorosłego wyjaśnienie jest proste: „to nie ma nic wspólnego z dzieckiem”.
Dla dziecka – to niewyobrażalne. Bo jeśli to nie ode mnie zależy, to znaczy, że nie mam żadnego wpływu na to, czy będę kochany. A to jest psychicznie nie do uniesienia dla dziecka.
Dlatego powstaje przekonanie: „To ja muszę się bardziej postarać.”
W tym sensie magiczne myślenie pełni funkcję ochronną. Chroni przed doświadczeniem trzech kluczowych strat:
Problem polega na tym, że to, co chroni w dzieciństwie, w dorosłości zaczyna ograniczać.
Jeśli bowiem uznamy, że nie mamy wpływu na wszystko – pojawia się bardzo trudnego:
Dlatego magiczne myślenie mówi: „to ode mnie zależy”.
Rzeczywistość mówi: „nie wszystko”.
I to zderzenie nie jest procesem intelektualnym. To nie jest moment: „aha, już rozumiem”.
To jest moment: „czuję, że coś tracę”.
W dorosłym życiu magiczne myślenie przybiera bardziej subtelne formy. Nie znika – zmienia język.
W praktyce oznacza to często nadodpowiedzialność za relację, ignorowanie sygnałów rzeczywistości i odsuwanie momentu konfrontacji z faktem, że nie wszystko da się uratować.
To prowadzi do przeciążenia, wypalenia i często bolesnego momentu, w którym rzeczywistość „przebija się” przez iluzję – np. w postaci zwolnienia, pominięcia przy awansie czy krytycznej informacji zwrotnej.
Wtedy pojawia się pytanie, które nie jest już poznawcze, tylko egzystencjalne: „Czy mogę uznać, że nie mam pełnej kontroli – i nadal być w porządku?”
Jak pisze Judith Viorst w książce „To co musimy utracić” (polecam tę książkę szalenie absolutnie każdej dorosłej osobie), rozwój psychiczny nie polega na dodawaniu kolejnych kompetencji, ale na serii nieuniknionych strat.
W toku życia tracimy między innymi:
Każda z tych strat wymaga jednego: przeżycia żalu.
Nie analizy. Nie reinterpretacji. Bardzo konkretnego doświadczenia emocjonalnego.
Jeśli proces żałoby zostaje zatrzymany, magia zostaje na swoim miejscu – tyle że już nie jako ochrona, ale jako ograniczenie.
Może to wyglądać tak:
W gruncie rzeczy jest to próba uniknięcia jednego doświadczenia: „to się nie wydarzy tak, jak chciałem/am”.
Jeśli proces żałoby może się wydarzyć, pojawia się zmiana jakościowa – nie spektakularna, ale fundamentalna.
Rozwija się zdolność do:
To jest moment, w którym kontrola ustępuje miejsca kontaktowi z rzeczywistością. I paradoksalnie – to właśnie wtedy pojawia się większa wolność.
W zdrowym przebiegu życia psychicznego żałoba nie jest jednorazowym wydarzeniem. To raczej powtarzalny rytm (kiedyś bardzo naturalny dla ludzi, dziś „chowany pod dywan”):
I – co nieuniknione – znowu tracisz.
Takie jest właśnie jest życie psychiczne: nie linearny rozwój, tylko cykliczny proces adaptacji do rzeczywistości.
Magiczne myślenie próbuje zatrzymać ten cykl. Obiecuje świat bez strat – pod warunkiem, że będziesz wystarczająco się starać (współczesny świat reklam, konsumpcji podtrzymuje zresztą taką iluzję).
Dojrzałość psychiczna polega na czymś odwrotnym:
na zgodzie na to, że strata jest wpisana w życie – i że można ją przeżyć, nie tracąc siebie.