Kiedy trzeba nauczyć się odwagi później
Nie każdy miał obok siebie dorosłego, który potrafił rozpoznać jego lęk, potraktować go poważnie, a jednocześnie nie pozwolić, żeby lęk decydował o wszystkim. Nie każdy miał możliwość stopniowego przechodzenia od „zróbmy to razem” do „spróbuj sam”.
Czasem rodzic jest nadmiernie chroniący. Przewiduje zagrożenia, zanim dziecko zdąży ich doświadczyć, rozwiązuje problemy, zanim dziecko spróbuje je rozwiązać. Czasem poprawia, ostrzega i wyręcza. Intencją może być troska, ale dziecko może z takiej relacji wynieść przekonanie, że świat jest pełen zagrożeń, a ono samo nie jest wystarczająco kompetentne, żeby sobie z nimi poradzić.
Czasem sytuacja jest przeciwna. Dziecko zostaje zbyt wcześnie samo z czymś, co przekracza jego możliwości. Słyszy: „Musisz być silny”, „Poradzisz sobie”, „Przecież jesteś już duży”, choć nikt wcześniej nie pokazał mu, jak sobie poradzić. Zamiast bezpiecznego przewodnictwa dostaje wymaganie samodzielności.
Bywa również, że próba jest możliwa, ale jej rezultat jest nieustannie oceniany. Dziecko słyszy przede wszystkim, co zrobiło źle, gdzie mogło się bardziej postarać, dlaczego inni radzą sobie lepiej. Z czasem sama możliwość popełnienia błędu może stać się czymś zagrażającym.
Wszystkie te doświadczenia mogą prowadzić do podobnego problemu: dziecko nie ma wystarczająco wielu okazji, żeby doświadczyć siebie jako osoby, która może czegoś nie wiedzieć, czegoś się bać, skorzystać ze wsparcia, spróbować, popełnić błąd i mimo tego nadal być w porządku.
W terapii schematów mówimy o podstawowych potrzebach emocjonalnych, których zaspokojenie pomaga rozwijać zdrowe funkcjonowanie. Należą do nich między innymi bezpieczna więź, autonomia i kompetencja, możliwość wyrażania emocji i potrzeb, spontaniczność oraz realistyczne granice.
Autonomia nie oznacza przy tym całkowitej niezależności od innych. Zdrowa autonomia wyrasta właśnie z wcześniejszej bezpiecznej zależności. Dziecko może oprzeć się na dorosłym, a jednocześnie stopniowo odkrywać, że samo również potrafi działać, podejmować decyzje i radzić sobie z trudnością.
Jeżeli tego procesu brakuje, mogą rozwijać się schematy związane między innymi z zależnością i niekompetencją, podatnością na zranienie, porażką czy wadliwością i wstydem. U części osób pojawia się również silne zahamowanie emocjonalne albo nadmierne wymagania wobec siebie.
Nie oznacza to oczywiście prostego związku: określone zachowanie rodzica równa się określonemu schematowi. Rozwój schematów jest bardziej złożony. Znaczenie mają powtarzające się doświadczenia, ich emocjonalna siła, temperament dziecka, relacje z opiekunami i późniejsze doświadczenia, które mogą zarówno utrwalać wcześniejsze przekonania, jak i je korygować.
Istotne jest natomiast to, że dziecko buduje wiedzę o sobie poprzez relacje.
Nie są to przekonania, które dziecko świadomie sobie wybiera. Powstają raczej jako sposób rozumienia rzeczywistości, który ma mu pomóc odnaleźć się w świecie, jaki zna.
Ale kiedy ten sposób rozumienia zostaje z człowiekiem na długo po tym, jak zmieniły się warunki jego życia, to tak jakby stale ubierać za małe, nie pasujące już ubranie. Niewygoda jakaś jest i u tego, który tak się ubiera i otoczenie nierzadko spostrzega, że coś tu nie pasuje.
Dorosły człowiek może już dawno nie być zależny od rodziców, a jednak w ważnych sytuacjach nadal czuć, że potrzebuje kogoś, kto powie mu, co zrobić.
Może mieć wysokie kompetencje zawodowe, a przed każdym nowym zadaniem odczuwać, że jeszcze nie jest wystarczająco przygotowany.
Może otrzymać awans i zamiast satysfakcji poczuć przede wszystkim lęk, że inni wkrótce odkryją, że nie zasługuje na swoje stanowisko.
Może mieć pomysł, ale nie zabrać głosu na spotkaniu, ponieważ możliwość krytyki uruchamia napięcie nieproporcjonalne do rzeczywistego zagrożenia.
Może długo przygotowywać się do wystąpienia, sprawdzać każdy szczegół i wielokrotnie poprawiać prezentację, choć jest już dobrze przygotowany.
Może również bardzo trudno znosić sytuację, w której nie zna odpowiedzi.
Wtedy „nie wiem” nie jest zwykłą informacją.
Może brzmieć wewnętrznie jak: „Nie jestem wystarczająco kompetentny”. „Zaraz ktoś zobaczy, że się nie nadaję”. „Powinienem już to wiedzieć”.
To jest ta różnica między realnym brakiem kompetencji a schematowym poczuciem niekompetencji.
Człowiek może naprawdę czegoś nie umieć. To normalne i nie wymaga psychologicznego wyjaśnienia.
Kłopot jest wtedy, kiedy brak wiedzy zostaje natychmiast przekształcony w ocenę całego siebie.
A stąd już bardzo blisko do „inni w końcu się zorientują”. I nawet pojedyncza sytuacja może uruchomić znacznie starsze doświadczenie.
Schematy szczególnie dobrze widać tam, gdzie coś jest dla nas ważne, albo kiedy jesteśmy bardzo zmęczeni, przeciążeni.
Dlatego praca zawodowa może być bardzo dobrym miejscem do obserwowania własnych schematów. Nie dlatego, że praca jest źródłem wszystkich problemów. Nie o to mi chodzi. Raczej o to, że stawia nas regularnie w sytuacjach, które wymagają kompetencji, autonomii, podejmowania decyzji, tolerowania oceny i radzenia sobie z niepewnością.
Warto więc czasem przyjrzeć się własnym reakcjom w pracy (w domu, wśród bliskich też:):
Takie pytania nie służą temu, żeby każde zachowanie natychmiast interpretować jako schemat, a temu, by zauważyć różnicę między tym, czego naprawdę potrzebujemy, a tym, co robimy automatycznie, żeby zmniejszyć napięcie.
Schematy nie są przecież wymyślonym przez nas problemem. Powstały po to, żeby pomóc dziecku odnaleźć się w jego rzeczywistości.
Ale nie chodzi o to, by dawna strategia była uruchamiana również w sytuacjach, które nie wymagają już takiej, jak wtedy ochrony.
Nie chodzi np. o to, by w dorosłości nadal zachowywać się tak, jakby konieczne było przewidzenie wszystkiego, nie można było popełnić żadnego błędu, nikogo nie zawieść albo zawsze radzić sobie samemu/samej. Ponieważ takie zachowania mogą utrudniać zdobycie doświadczenia, które mogłoby dawny schemat podważyć.
Jeżeli nie podejmuję decyzji => nigdy nie przekonam się, że potrafię podejmować decyzje.
Jeżeli nie proszę o pomoc => nie mam okazji doświadczyć, że mogę na kimś polegać bez utraty własnej niezależności.
Jeżeli nie pozwalam sobie na błąd => nie mam możliwości przekonać się, że błąd można naprawić i że nie musi oznaczać katastrofy.
Jeżeli nie zabieram głosu => nie dowiem się, jak inni rzeczywiście zareagują.
Schemat jak widać zaczyna więc działać niejako jak zamknięty obieg: przekonanie wpływa na zachowanie, zachowanie ogranicza nowe doświadczenia, a brak nowych doświadczeń pozostawia stare przekonanie nietknięte.
Samo zrozumienie własnego schematu, choć ważne, zwykle nie wystarcza.
Można przecież wiedzieć, że boimy się oceny, i nadal bać się zabrać głos, rozumieć własny perfekcjonizm, a mimo to nie być w stanie wysłać tekstu bez kolejnego sprawdzenia.
Można wiedzieć, że mamy trudność z proszeniem o pomoc, a jednocześnie przez lata wszystko robić samodzielnie.
Potrzebne są nowe doświadczenia, dzięki którym można stopniowo sprawdzać, czy dawne przekonanie nadal opisuje rzeczywistość.
To wydają się może małe rzeczy. Ich znaczenie może być jednak duże, ponieważ człowiek zaczyna gromadzić nowe dowody na temat samego siebie.
Tak właśnie z czasem zmienia się nie tylko sposób myślenia, lecz również sposób przeżywania siebie.
„Trochę się boję, ale trzeba pokonywać swój lęk”.
Dla dorosłego człowieka może to brzmieć jak kolejna banalna rada dotycząca odwagi. Dla dziecka, które rzeczywiście jest w sytuacji wymagającej zmierzenia się z czymś nowym, może to być zdanie niezwykle dojrzałe.
Żeby je powiedzieć, trzeba już umieć zauważyć, co się we mnie dzieje:
To bardzo dużo.
Jeżeli dziecko potrafi powiedzieć takie zdanie, prawdopodobnie wcześniej wielokrotnie doświadczało czegoś, co pozwoliło mu zbudować tę wewnętrzną pozycję. Ktoś był obok. Ktoś tłumaczył. Ktoś pozwalał próbować. Ktoś nie odbierał mu poczucia wartości, kiedy coś nie wychodziło. Ktoś stopniowo pozwalał mu brać odpowiedzialność za siebie.
Z czasem zewnętrzny głos dorosłego mógł stać się jego własnym głosem.
„Jest trudno, ale mogę spróbować”.
To właśnie jest jedna z najcenniejszych rzeczy, jakie można dostać w dzieciństwie.
Nie gwarancja, że życie będzie łatwe, ani nie przekonanie, że zawsze damy sobie radę.
Raczej doświadczenie, że w obliczu trudności nie jesteśmy bezradni i nie jesteśmy sami.
A JEŚLI UCZYMY SIĘ TEGO DOPIERO JAKO DOROŚLI?
Nie każdy miał takie dzieciństwo. Nie każdy miał rodzica, opiekuna, który potrafił jednocześnie chronić i zapraszać do samodzielności. Nie każdy miał nauczyciela, który widział w błędzie element nauki, a nie powód do zawstydzenia. Nie każdy miał dorosłego, który potrafił powiedzieć: „Jestem obok, spróbuj”.
Niektóre osoby dopiero po przekroczeniu osiemnastego roku życia zaczynają uczyć się rzeczy, które dla innych stały się czymś oczywistym znacznie wcześniej: rozpoznawania własnych emocji, proszenia o pomoc, podejmowania decyzji, tolerowania niepewności, popełniania błędów bez niszczenia własnego poczucia wartości.
Ta nauka bywa wtedy o wiele trudniejsza, ponieważ odbywa się już bez dziecięcej łatwości uczenia się przez relację i doświadczenie. A im starszy dorosły, tym więcej ma za sobą lat nawyków, przekonań i sposobów reagowania, które wielokrotnie były wzmacniane przez kolejne sytuacje.
Ale to nie znaczy, że nauka jest mniej możliwa. Może nawet przeciwnie. Dorosły może zacząć rozumieć własną historię, rozpoznawać schematy, zauważać momenty ich uruchomienia i świadomie tworzyć nowe doświadczenia.
To wszystko są akty odwagi. Dla kogoś może to brzmi banalnie, dla kogoś innego jest jednak odkryciem i sporym wysiłkiem.
Osobiście mocno sekunduję WSZYSTKKIM DOROSŁYM, którzy uczą się doświadczania, rozumienia i działania pomimo lęku dopiero teraz.
I to nie jest, że mają „nadrobić zaległości”. Mają prawo zbudować w sobie doświadczenie, którego wcześniej w ich życiu zabrakło.
Można nauczyć się, że lęk jest częścią doświadczenia, a nie zakazem działania.
Można nauczyć się, że proszenie o pomoc nie odbiera autonomii.
Można nauczyć się, że własna wartość nie zależy od bezbłędności.
Można nauczyć się, że nie trzeba mieć pewności, żeby zrobić pierwszy krok.
I można wreszcie dojść do miejsca, w którym zdanie „trochę się boję” nie będzie już oznaczało „nie dam rady”.
Będzie oznaczało:
„Widzę, co się ze mną dzieje. Wiem, że się boję. Mogę sprawdzić, czego potrzebuję, żeby zrobić następny krok”.
Nie chodzi o „pokonanie” lęku raz na zawsze, lecz o to, że człowiek coraz lepiej wiedział, kiedy warto się zatrzymać, kiedy poprosić o pomoc, a kiedy mimo lęku zrobić krok dalej.
I że jeśli nauczy się tego po osiemnastym, trzydziestym, czterdziestym, a nawet pięćdziesiątym roku życia, ta nauka nadal jest warta swojej ceny.