Najpierw ktoś idzie obok
Wrzesień ma w sobie coś więcej niż początek kolejnego miesiąca. Dla jednych oznacza powrót do szkoły, dla innych powrót do pracy po wakacyjnej przerwie. Zmienia się rytm dnia, pojawiają się nowe zadania, nowe wymagania i nowe sytuacje, z którymi trzeba sobie jakoś poradzić.
Łatwo spojrzeć na takie sytuacje z własnej, dorosłej perspektywy i pomyśleć: „Przecież to nic wielkiego”.
A jednak… dla osoby, która doświadcza czegoś po raz pierwszy, może to być właśnie coś wielkiego. A czasem wielkiego i bardzo trudnego.
I dlatego wtedy szczególnie potrzebny jest ktoś, kto potrafi być obok i odpowiednio zaregować. Zapraszam do refleksji nad tym co to znaczy w tym kontekście odpowiednio.
Wyobraźmy sobie dziecko schodzące po stromym, kamienistym zboczu po raz pierwszy. Teren jest nierówny, trzeba uważać, gdzie postawić stopę, jak oprzeć kijek, jak przenieść ciężar ciała. Dziecko może się bać, nawet jeśli obok jest ktoś, komu ufa.
Super, jeśli dziecko potrafi wtedy powiedzieć:
„Trochę się boję, ale trzeba pokonywać swój lęk”.
I teraz to zdanie dorosły może potraktować bardzo różnie.
Może odpowiedzieć: „Nie ma się czego bać”. W ten sposób próbujemy uspokoić dziecko, ale jednocześnie odbieramy jego doświadczeniu znaczenie. Skoro nie ma się czego bać, to może ze mną jest coś nie tak, skoro jednak się boję?
Może powiedzieć: „Skoro się boisz, nie schodźmy”. To z kolei usuwa sytuację, która wywołuje lęk. Dziecko odzyskuje spokój, ale nie dowiaduje się, czy rzeczywiście mogło sobie z tą trudnością poradzić.
Może też podejść bliżej, skrócić dystans i powiedzieć na przykład: „Widzę, że trochę się boisz. Chodź, zejdziemy razem. Pokażę ci, na co zwrócić uwagę”. A kiedy dziecko usłyszy właśnie ten komunikat, ma szanse zadziać się coś bardzo ważnego:
Lęk zostaje uznany, ale nie dostaje władzy nad całą sytuacją.
Lęk może zostać „użyty” w swojej adekwatnej funkcji – np. wskazuje na to, z czym warto być uważnym, skoro nie ma się wiedzy, doświadczenia, pomaga sięgnąć po adekwatne do sytuacji wsparcie. Lęk wręcz staje się ważnym informatorem, sprzymierzeńcem. To trudne uczucie jest przyjmowane i oswajane.
Dziecko może nadal się bać, a jednocześnie uczyć się, jak postawić stopę, jak sprawdzić stabilność podłoża, jak użyć kijków, jak zachować równowagę. Dorosły nie robi tego za nie, natomiast jest wystarczająco blisko, żeby zapewnić bezpieczeństwo, jednocześnie pozostawia dziecku możliwość działania, doświadczania.
To wydaje się być może drobna sytuacja, ale zawiera w sobie jedną z najważniejszych lekcji rozwojowych: można czegoś nie umieć, można się bać, można potrzebować pomocy, a mimo to próbować.
Dziecko nie rodzi się z poczuciem, że potrafi sobie poradzić. Buduje je poprzez doświadczenia.
Najpierw potrzebuje dorosłego, który pokazuje mu świat. Pomaga rozpoznać, co jest bezpieczne, a co rzeczywiście niebezpieczne. Uczy, jak coś zrobić. Pomaga nazwać emocje. Towarzyszy w trudnych sytuacjach.
Później dziecko potrzebuje coraz więcej przestrzeni, żeby samo sprawdzać, próbować i podejmować decyzje. Dobre wspieranie rozwoju nie polega ani na ciągłym wyręczaniu, ani na wrzucaniu dziecka na głęboką wodę.
Jeżeli rodzic za każdym razem przejmuje zadanie, dziecko może nie mieć okazji przekonać się, że samo potrafi je wykonać.
Jeżeli natomiast dorosły oczekuje samodzielności, zanim dziecko ma jeszcze potrzebne umiejętności i poczucie bezpieczeństwa, samodzielność może zostać skojarzona z samotnością i przeciążeniem.
Rozwój wymaga czegoś pomiędzy.
„Jestem przy tobie. Pokażę ci. Spróbuj. Jeśli będzie trudno, pomogę ci. A kiedy będziesz gotowy, zrobisz to sam”.
To nie jest jeden komunikat wypowiedziany w jednym momencie. To sposób budowania relacji przez wiele lat.
Dziecko, które najpierw doświadcza przewodnictwa, a następnie stopniowo przejmuje odpowiedzialność, ma szansę rozwijać nie tylko umiejętności, lecz także ważne przekonanie na swój temat: „Potrafię uczyć się nowych rzeczy. Mogę sobie poradzić z trudnością. Nie muszę wszystkiego wiedzieć od razu”.
Między innymi w terapii schematów zwracamy uwagę na to, że autonomia i kompetencja należą do jednych z podstawowych potrzeb rozwojowych. Dziecko potrzebuje bezpiecznej więzi, ale potrzebuje również możliwości odkrywania świata, podejmowania decyzji, rozwiązywania problemów i budowania własnego poczucia sprawczości.
Nauczyciel może przekazać wiedzę i sprawdzić jej opanowanie. Może także pomóc uczniowi przejść od „nie umiem” do „jeszcze nie umiem”. Widzisz tę różnicę?
Dziecko, które pierwszy raz ma wystąpić przed klasą, może potrzebować pomocy w przygotowaniu wypowiedzi. Można wspólnie uporządkować materiał, przećwiczyć początek, zastanowić się, co zrobić, jeśli pojawi się pustka w głowie. Nie po to, żeby wystąpienie było idealne. Po to, żeby dziecko miało doświadczenie, że można przygotować się do trudnej sytuacji i wejść w nią mimo napięcia.
Podobnie z matematyką, sportem, muzyką czy nauką języka.
Uczeń, któremu coś nie wychodzi, nie zawsze potrzebuje więcej nacisku. Czasem potrzebuje kogoś, kto pomoże mu zobaczyć, gdzie dokładnie pojawia się trudność i jaki może być następny, możliwy do wykonania krok.
To ważne także dlatego, że poczucie własnej wartości - i to może być zaskakujące - nie opiera się wyłącznie na sukcesie (w potocznym jego rozumieniu).
Jeśli dziecko słyszy głównie: „Jesteś zdolny”, może łatwo zacząć obawiać się sytuacji, w których nie będzie zdolne wystarczająco. Znacznie bardziej rozwojowe bywa zauważenie procesu:
„Widzę, że było ci trudno, ale nie zrezygnowałeś”.
„Na początku tego nie umiałeś, a teraz już potrafisz”.
„Nie wyszło za pierwszym razem. Zobaczmy, co możesz spróbować inaczej”.
W takim sposobie reagowania dziecko nie otrzymuje wyłącznie pochwały. Otrzymuje informację o sobie jako osobie zdolnej do uczenia się i radzenia sobie z trudnością.
Kilkanaście lat później sytuacja może wyglądać bardzo podobnie, choć zmieniają się „rekwizyty”:
W takich momentach przełożony albo mentor może powiedzieć:
„To proste, po prostu zrób”.
Może też przejąć zadanie, bo sam wykona je szybciej i lepiej.
Może wreszcie powiedzieć:
„To jest dla ciebie nowe. Pokażę ci, jak do tego podejść. Potem spróbujesz sam, a jeśli utkniesz, wrócimy do tego razem”. Ta odpowiedź wymaga od dorosłego trochę więcej cierpliwości. Przynosi jednak coś, czego nie da się osiągnąć samym przekazaniem instrukcji:
Buduje doświadczenie samodzielności.
Młody pracownik uczy się nie tylko tego, jak wykonać konkretne zadanie. Uczy się również, co robić, kiedy nie zna odpowiedzi. Jak pytać, jak przygotować się do trudnej rozmowy, jak przyjąć informację zwrotną. I wreszcie jak rozpoznać własny błąd bez przechodzenia od razu do przekonania, że „się nie nadaje”.
Dobre przewodnictwo nie polega więc na tym, że mentor zawsze zna odpowiedź, czasem wystarczy pytanie: „Jak ty byś to zrobił?”, „Czego potrzebujesz, żeby spróbować?”
Wspieranie odwagi nie powinno oznaczać zachęcania dziecka do przekraczania każdej granicy.
Lęk pełni przecież ważną funkcję. Informuje o możliwym zagrożeniu, mobilizuje uwagę i przygotowuje organizm do działania. Dziecko potrzebuje nauczyć się zarówno odwagi, jak i ostrożności. Potrzebuje wiedzieć, że czasem warto spróbować, a czasem trzeba się zatrzymać.
Rolą dorosłego jest pomóc dziecku odróżniać „to jest niebezpieczne” od „to jest trudne i dlatego się boję”.
Jeżeli dziecko chce przejść przez ulicę bez patrzenia, zadaniem dorosłego nie jest pozwolić mu „przełamywać lęku”. Tutaj potrzebna jest granica i ochrona.
Jeżeli jednak boi się odpowiedzieć przy klasie, spróbować nowej aktywności albo wykonać zadanie, którego jeszcze nie zna, można pomóc mu zrozumieć ten lęk:
„Czego dokładnie się obawiasz?”, „Co pomoże ci zrobić pierwszy krok?”, „Czy chcesz, żebym był/a obok?”
Tak buduje się zdolność do podejmowania ryzyka adekwatnego do sytuacji, a nie brawurę.
Odwaga nie polega na tym, że człowiek przestaje odczuwać lęk. Polega na tym, że potrafi rozpoznać lęk, ocenić sytuację i zdecydować, co chce zrobić – i po co.
Z czasem dorosły zaczyna wycofywać się z pierwszego planu.
Nie musi już trzymać roweru, siedzieć obok podczas odrabiania każdego zadania, uczestniczyć w każdej decyzji.
Nie musi sprawdzać każdej prezentacji młodego pracownika.
Jego zadaniem jest coraz częściej stworzyć warunki, w których druga osoba może sprawdzić własne możliwości. To jest taki moment, w którym zewnętrzne przewodnictwo zaczyna zamieniać się w wewnętrzne poczucie sprawczości, które pozwala na taką narrację do samego siebie:
Zdania, które później zabieramy ze sobą w dalsze życie.
Tak ważna jest jakość relacji, w których dorastamy. Dziecko potrzebuje kogoś, kto nie tylko ochroni je przed światem, ale również pomoże mu wejść w świat z przekonaniem, że może go poznawać, sprawdzać i stopniowo radzić sobie w nim coraz bardziej samodzielnie.
To samo dotyczy młodego człowieka rozpoczynającego pracę. Potrzebuje nie tylko instrukcji i wymagań, ale także kogoś, kto przez pewien czas będzie dla niego punktem odniesienia, a następnie pozwoli mu ten punkt odniesienia coraz bardziej odnajdywać w sobie.
Celem dobrego przewodnictwa nie jest to, żeby ktoś zawsze szedł obok. Celem jest to, żeby człowiek z czasem potrafił iść sam, wiedząc, że kiedyś ktoś nauczył go, jak sprawdzać drogę, jak rozpoznawać zagrożenie, jak prosić o pomoc i jak zrobić następny krok mimo lęku.